Bloger, miłośnik mody, designu i sztuki, jego wewnętrznym zwierzęciem jest jamnik, a znakiem rozpoznawczym kubek kawy.

Kilka dni temu wyszła nowa płyta Taco Hemingwaya. Przez moment myślałem nawet, że YouTube przegrzał się z powodu zainteresowania fanów, ale to tylko moje słabe połączenie internetowe. Nieważne. Przesłuchałem całą listę kawałków i przypomniało mi się, że ja przecież nie słucham rapu.

Siedząc na pierwszej lepszej domówce znajomi zawsze puszczają swoją muzykę i z reguły jest to właśnie rap – rzecz w sumie normalna, ponieważ w tym momencie jest to najpopularniejszy rodzaj muzyki. Co wtedy robię. Ruszam niepozornie ustami i ewentualnie dośpiewuję pojedyncze słowa z końców wersów, aby nie wyjść na abnegata w dziedzinie, w której prym wiodą ciemnoskórzy Amerykanie. Czy tym samym wyszedłem z kręgu fajnych dzieciaków i pozostaje mi tylko siedzenie z głową w książkach i oglądanie (pozornie tylko) nudnych filmów dokumentalnych.

Fakt, zdarzyło mi się słuchać Kanye. Uświadomiono mi to kilka dni potem. Będąc na wakacjach rok temu przez JBL’a w kółko leciało The Life of Pablo, a ja bawiłem się w najlepsze. Wróciliśmy do domu i ukazała się kampania Balmain, gdzie armia modelek wraz z  Kim w czerni i bieli płakała w rytm Wolves. Tym samym moja wiedza o West’cie z poziomu współpracy z Givenchy i butów Yeezy poszerzyła się o jakąkolwiek znajomość jego tekstów. Jestem świadom, że moim obowiązkiem jest odróżnianie Travisa Scotta od A$AP Rocky’ego, ale moja wiedza na ich temat ogranicza się do wiedzy o tym, że jeden ma dziecko z Kylie, drugi kiedyś kręcił z Kendall, i że A$AP występował w kampanii Diora – swoją drogą nie najgorszej. Próba zaznajomienia mnie z klasyką rapu kończy się na rodzącej się w głowie kakofonii. Nie wspomnę, że obycie w dziedzinie rodzimego rynku porównywalne jest do mojej umiejętności biegania na czas.

Może i rzeczywiście jestem lekko poza głównym nurtem (chociaż kusi widmo platyn), ale to nie sprawia chyba, że utwory, jakich słucham są gorsze. Jestem fanem Florence and The Machine, a moje wykonanie Spectrum  w pewnych kręgach uważane jest już za niemal kultowe. Zdarzają mi się próby zabłyśnięcia francuskim przy utworach Edith Piaf, Céline Dion, czy Stromae. Kiedy mam doła, na dobicie serwuję sobie mieszankę Ewy Demarczyk, Nosowskiej i Myslovitz, zaś podczas chwil pozytywnego uniesienia pozwalam sobie na guilty pleasure w postaci latynoskich rytmów Shakiry czy Ricky’ego Martina.

Zapewne moją marną egzystencję w bloku z wielkiej płyty lepiej opisałyby zwroty ubogich dzieciaków z Chicago niż rudowłosa nimfa krzycząca do mikrofonu. Nic jednak nie poradzę na to, że lepszy dialog artysta-odbiorca nawiązuję z postaciami wymienionymi w akapicie wyżej. Może spowodowane jest to rodzajem agresji i specyficznej energii, jaki wytwarza raper, a może po prostu mój mózg nie odbiera takich częstotliwości. I oczywiście nie chcę generalizować lub określać czyja muzyka jest lepsza, bardziej wartościowa. Chcę zwyczajnie przypomnieć, że istnieje grupa dzieciaków, która chce być „tą fajną”, niekoniecznie nosząc metaforyczne dresy.

 

Comments

  1. Po co właściwie powstał ten tekst? Chyba nikt nie ma problemu, że słuchasz innej muzyki. A to że na domówkach leci taka a nie inna muzyka, to chyba naturalne że ludzie puszczają to co jest w ich gronie najpopularniejsze. Kompletnie niepotrzebne tekst jak dla mnie

Dodaj komentarz