Bloger, miłośnik mody, designu i sztuki, jego wewnętrznym zwierzęciem jest jamnik, a znakiem rozpoznawczym kubek kawy.

Outfit wybrany. Makeup jest. Paznokcie zrobione. Idziemy na groby! Wiem, brzmi kuriozalnie, ale w pewnej mierze to rzeczywistość.

Od setek, jak nie tysięcy lat w kulturze utrwalony jest rytuał grzebania zwłok i nawiedzania grobu. Zdaje się być tak zakorzeniony w naszej mentalności, że nieświadomie traktujemy, go jako coś normalnego. I może tu zaczyna się problem? Zacierane są granice między przestrzenią życia codziennego a tego duchowego. Paradoksalnie największy przejaw tego zjawiska da się zaobserwować 1 listopada. Niczym plemienni wojownicy wyprawimy się, by upolować najdorodniejszy okaz chryzantemy i znicza, który z dumą zaniesiemy potem na grób. Towarzyszyć musi temu odpowiednia otoczka. Tylko kilka razy w kroku jesteśmy nastawieni na taką ekspozycję względem reszty społeczeństwa, jak podczas Wszystkich Świętych. Należy więc skrupulatnie dobrać futro do kozaków, płaszcz do balerin lub spodnie cygaretki do właściwych szpilek. Całość oczywiście inkrustowana będzie fryzurą oraz odpowiednimi dodatkami. Nie mówię tutaj oczywiście o wszystkich, nie zaliczam również do tej kategorii osób, które są artystami, pracują z ubraniami etc. Mam na myśli te pojedyncze jednostki, barwne ptaki w dżungli z lastryka, które tak skutecznie urozmaicają krajobraz. Śmieszy mnie, ale i w pewnym sensie irytuje, gdy zamiast blasku płomienia oślepia mnie blask lakierowanej skóry. Może przy cmentarnych wejściach powinni stać bramkarze wzięci z klubów, którzy będą selekcjonować, modeli i modelki, wchodzących na komunalny wybieg?

 

Dodaj komentarz